poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Różnice między Polską a Niemcami tylko się pogłębiają. To już przepaście.

Krótko- oto po 2 latach przerwy nagle znalazłem się w tej samej dzielnicy Berlina. Zastałem ją w wielkiej zmianie. Osiedlili się tutaj Bo-bo, jak się zdrobniale nazywa młodą miejską burżuazję. Solidne przedwojenne chodniki rżnięte z wielkich granitowych płyt urozmaicili partyzanckimi ogródkami pełnymi przypadkowych kwiatów. Całe ulice wyłączono z ruchu, wracając do XIX-wiecznej idylli miasta-ogrodu. Park jest pełen ludzi nawet chwilę po obfitym deszczu. Policja do wezwania przybywa w 5 minut- podobno za głośno rozmawialiśmy w ogródku kawiarnianym, a było przed północą, a do najbliższych zabudowań było kilkaset metrów.

Odwiedziłem lokalną imprezę- na scenie występowały dzieci naszych znajomych. Mimo że większość przybyłych świetnie się bawiła do dancehallu, imprezę zdominowały rapujące i b-boyujące dzieci w wieku 8-10 lat. Ich rodzice opłacają im kursy w szkołach breakdance i streetstajlu. W wyniku takiej edukacji te dzieci są niesamowicie odważne, występują przed setką nie-za-bardzo im znanych osób.

Czasem mam wrażenie że pochodzę z jakiegoś straconego pokolenia. Wychowani z komunizmie, w Berlinie Zachodnim jako dzieci mogliśmy sobie pozwolić jedynie na softdrink w puszce tak kultowej, że zbieraliśmy je jako trofea poustawiane na szafkach nocnych. Dziś- różnice są nadal żywe. Polska dla mieszkańców Berlina nie istnieje, nazwa najbliższego dużego miasta po drugiej stronie granicy nikomu niczego nie mówi, a miejscowa publiczność z niedowierzaniem reaguje na historie z tego regionu świata. Dla typowego Niemca za zachodnią stroną granicy zaczyna się Biała Plama. Niemal nic godnego uwagi tu nie ma, media o tym regionie nie donoszą, chyba że powtarzając jakąś "oficjalną" wersję wydarzeń.

Polska i Niemcy żyją swoimi odrębnymi cywilizacjami. Nie da się żyć w rozkroku- nie znam osób którym się to bardziej długofalowo udało, choć skończyłem dwujęzyczne gimnazjum i obroniłem dyplom na międzynarodowym polsko-niemieckim uniwersytecie.

Po polskiej stronie przemiany po 1989 roku były po prostu zbyt powierzchowne. W Niemczech- nawet ja załapałem się na "edukacyjny przełom", gdzie ściągnięto z Niemiec Zachodnich świetnie opłacanych nauczycieli, rozmieszczając ich na niemieckiej prowincji. Możliwe że zaczęto od edukacji. W Polsce- nikt nigdy niczego w żaden sposób konsekwentnie nie zmieniał. O zmianie reżimu można było się dowiedzieć 25 lat temu z audycji w oficjalnej państwowej telewizji. Organizacyjnie niewiele zmienionej do dnia dzisiejszego.

Dziś- nie sposób porównać oba systemy. Pociąg  podmiejski przyjeżdżający 2 razy dziennie z "białej plamy" od strony żegnającego pasażerów dworca Kunowice, niegdyś tchnącego lśniącą nowością, a dziś straszącego powybijanymi szybami, trafia w świat nowoczesnego dworca halowego na którym zatrzymują się rozpędzające do 160 km na godzinę podmiejskie ekspresy do Berlina. Jadącym od strony "świata polskich monopoli" od razu rzuca się w oczy świat pociągów różnych przewoźników- dawnej kolei państwowej ostałą się już tylko jedna trasa- do Berlina, a dziś po raz pierwszy widziałem piętrowy skład prywatnego operatora- wcześniej składy piętrowe były także monopolem państwowych kolei, ale i to mija.

Polski i Niemiec nie sposób porównać. Od lat trwa jednostronna migracja z terenów przygranicznych. Ludność po prostu przesiedla się - głównie do Berlina. Kuszą ich niższe ceny tych samych produktów (w przygranicznej Zielonej Górze nawet warzywa ekologiczne dowozi się z Berlina), lepsza oferta pracy czy rozrywki. Dzięki temu po polskiej stronie granicy powstał swoisty skansen- skupiający dziwaczną mieszankę "osób które nie wyjechały". Tudzież wyjechały i - z różnych powodów, często rodzinnych - wróciły, często jedynie na chwilę. Przygraniczny region Polski jest swoistą "Polską C", gdzie wieczorny ekspres z Berlina nagle zwalnia do 20- 30 kilometrów na godzinę, choć- jeszcze przed wojną- mógł dalej kontynuować trasę z maksymalną prędkością.

To świat w innej skali i prędkości. Polska jest krajem nieco demonstracyjnie odwróconym od wpływów zachodnioeuropejskich. Stolica Polski znajduje się w pobliżu granicy białoruskiej, ale z białoruską walutą w Warszawie zapewne można zrobić to samo co w Berlinie z polskimi złotówkami- czyli zupełnie nic, bo kantorów wymiany walut na ulicach nie uświadczymy, chyba że specjalnie je odszukamy- są wielką rzadkością.

W Berlinie - sąsiadującym z Polską niczym Warszawa z Białorusią- nie uświadczymy żadnego śladu polskości, żadnego odniesienia. Czasem- wprawne oko wyłowi zdobiący ścianę kamienicy nielegalnie rozlepiony plakat promujący jakiś polski film artystyczny- i to wszystko. Wschodni sąsiad Niemiec w mentalności zwykłych Berlińczyków nie istnieje, jest tym samym czym dla mieszkańców Warszawy jest Białoruś- rodzajem Białej Plamy i zagadką na mapie.

Podróżując przez granicę, ma się wrażenie że różnice tylko narastają. Świat transportu publicznego nadal urywa się na rzece Odrze, a sytuacja po drugiej stronie granicy jest już nieporównanie dużo gorsza niż jeszcze 25 lat temu. Od 25 lat rozpada się miejscowy przemysł, zanika sieć transportowa, a transport zbiorowy- wzorowo działający po niemieckiej stronie granicy- w Słubicach definitywnie utracił nawet dworzec autobusowy. Przybysz z zagranicy raczej nie znajdzie tutaj możliwości podróży dalej niż do najbliższego większego miasta.

Do tego dochodzi gospodarka. Gospodarka po polskiej stronie kiedyś wygrywała niskimi cenami- dziś- moja znajoma mająca sklep spożywczy przy moście granicznym w Słubicach musiała przerobić go na kawiarnię. Do Polski już nikt niemal nie przyjeżdża skuszony dawnymi "niskimi cenami"- jeszcze działają polscy fryzjerzy czy dentyści zorientowani na niemieckich klientów- ale wszelkie "wielkie sukcesy" przygraniczna gospodarka ma już za sobą.

Role się odwróciły- dziś po stronie niemieckiej jest co najmniej o 20- 30 % taniej, także w restauracjach: dużo taniej i lepiej zjemy w Berlinie, niż w przygranicznej Zielonej Górze. Polska strona niczym już nie zachęca- zaś niemiecka strona granicy jest mekką dla młodych ludzi. Po polskiej stronie pozostał świat 40-latków, rządzonych przez 50-cio - 60-ciolatków. "To nie jest miasto dla młodych ludzi" - to hasło coraz rzadziej słychać po polskiej stronie granicy- depopulacja, wg krytyków ma sięgać 80 %, jak donosi R. Górski badający oficjalne dane o absolwentach miejscowych szkół średnich.

Młodzi ludzie, masowo emigrując, zwykle zabrali także swoją kulturę. Pozostała kultura starszych mieszkańców ziem zachodnich obecnej Polski- będąca mieszanką kultury osób którymi skolonizowano te terytoria po 1945 roku. Młodzi ludzie, jeśli nie wyemigrowali do tej pory, zwykle nie uczestniczą w żadnych ewentach kulturalnych- przyzwyczaili się do ich całkowitego braku.

To już nie są różnice. Teraz są to cywilizacyjne i kulturowe klify i przepaście. 

Adam Fularz 2014

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?