środa, 3 listopada 2010

Dlaczego tutejsza młoda bohema wyemigrowała?

Jakoś nie skusiła mnie propozycja przyjazdu do Zielonej Góry na debatę „Dlaczego młodzi opuszczają Zieloną Górę”. Cierpliwie wyglądam „przepróchnienia i przegnicia” starych tutejszych układów, co być może nastąpi w ciągu mojego żywota. Sądzę że za dwie, trzy dekady trendy w Zielonej Górze mają szansę się odwrócić, choć będzie to dużo mniej liczebne miasto. Markety które wprowadzały się do Zielonej Góry prowadziły badania pokazujące że długofalowo miasto z obecnym zasobem gospodarczym utrzyma jedynie 2/3 obecnej ludności.

Interesuję się pograniczem ekonomii i socjologii, gdzie lokują się współczesne teorie zarządzania miastami. Specjaliści i bajecznie drodzy konsultanci opowiadają zwykle te same podstawowe teorie kapitału kreatywnego- jako cudownego eliksiru tworzącego miasta i przyciągającego inwestorów. Rozgłaszają teorię klasy twórczej, czyli klasy managerów, naukowców, architektów etc. o której potrzeby dba się dziś najbardziej. Dziś i w Polsce ta wiedza spopularyzowała się trafiając z kwartalników do kolorowych czasopism i stanowi know-how i podstawę strategii wielu polskich miast. Zielona Góra tymczasem tkwi na innym poziomie, w świecie infrastruktury twardej, a nie miękkiej. Nie ma sensu nawet z tym polemizować.

Diabeł często tkwi w szczegółach, z pozoru banalnych. Za początek końca uważam decyzję umiarkowanie konserwatywnych, SLD-owskich władz miejskich o walce z nielegalnymi plakatami reklamującymi imprezy rozklejanych na skrzynkach elektrycznych w mieście. W bardzo krótkim czasie alternatywna lokalna kultura obumarła. Lokalna bohema rozjechała się po kraju, bo na miejscu nie działo się nic ciekawego. Dopiero mocno po-nie-wczasie władze umożliwiły bezpłatne rozlepianie plakatów, ale to oferta dla mocno wczytanych w biurokratyczne przepisy, bo są tam rozmaite wymogi i terminy. A młodzi ludzie tacy nie są. Urzędy, wnioski i biurokracja to nie ich pokolenie. Imprezy reklamują na ostatnią chwilę, jak im się przypomni i jak znajdą chwilę czasu.

Dopiero teraz rodzą się sieci społecznościowe które pozwalają organizatorom bezpłatnie nagłaśniać imprezy kulturalne. W Zielonej Górze tych sieci niemal nie widać, może nie dotarły. Zaś z grupy którą określiłbym mianem „młodej artystycznej bohemy” ostało się możne 20 % dawnej ekipy. Tego się nie odtworzy, ci ludzie nie wrócą, bo i do czego? Obyczajowi libertyni wrócą do miasta konserwatystów? Gdzie w niektóre dni jedyne otwarte po północy miejsce to pełen cudzoziemców bar w hotelu Qubus? Może siądą tam i spalą gibona?

Ich zdaje-się nawet przepędzono, jeszcze kilka lat temu Zielona Góra słynęła w tej części Polski z policyjnych polowań np. na palącą dżointy młodzież. Dziwne, mieszkałem w trzech krajach Europy i w kilku europejskich miastach, nigdzie zaś nie trafiłem na niepalące dżointów młode pokolenia. Bat na imprezie jest popularny niemal tak jak piwo. Być może Zielona Góra walczy po prostu z współczesnością?

Czy ktoś lubi współczesną muzykę klasyczną? 15 maja Michael Nyman zagrał w warszawskim parku. Chwilę później w Lublinie dwa koncerty dał Philip Glass. To są najwięksi współcześni kompozytorzy epoki minimalizmu. Zielona Góra na mapie tej kultury nie istnieje. Tutaj miasto wspiera imprezy z gatunku „muzyka radia Eska”. Gdy się pytalem, dlaczego, ktoś mi wspomniał że tego po prostu słuchają zielonogórscy decydenci.

Niestety, mlode pokolenie ma gusty bardzo różnorodne, i oczekuje w zasadzie muzyki z każdego gatunku, a tego w Zielonej Górze nie masz. Więc wyjeżdżają, chcąc choć trochę normalnie egzystować. Ktoś lubi ragga i denshol? Duże polskie aglomeracje oferują takie imprezy nawet po 3 dziennie, przez 6 dni w tygodniu. W Zielonej Górze nie słyszałem nigdy o imprezie dancehallowej, ciekawe czym żyją tutejsi dresiarze?

Ci tutejsi kojarzą mi się z mocno naspidowanymi fuką agresywnymi fajterami z Fightklubu (kto z was się już bił z Diabełkiem?) i dziwnymi drechami podjeżdżającymi beemwicami i mającymi jakieś problemy z twardymi dragami. Nawet w zacofanej, wsiowatej i pół-azjatyckiej Warszawie nie ma tak „spidowatej” kultury dresów. Ucywilizowali się poprzez współczesną miejską kulturę, a swoje dragi zmienili na mniej prujące berety. Tymczasem zielonogórscy osiedlowcy, te rozliczne dresy: nawet oni nie mają w tym mieście swojej pełnej spermy i seksizmu kultury dancehallu. O czym więc tu rozmawiać?

Może o tym że w Zielonej Górze nie ma też obiektywnych mediów, jak się przekonałem podczas niedawnego touchdown. Fakt likwidacji torów miejskiej kolejki, rodzaju spalinowego szybkiego tramwaju tudzież premetra, infrastruktury nieużywanej zresztą od wojny, udało mi się nagłośnić dopiero w ogólnopolskich mediach. Debata w takich warunkach? Nie, dziękuję. Jeśli mam gdzieś oferować swoją energię (a wg nauk przywódców duchowych nasze działania są po prostu energią) to wolę kierować ją w bardziej przychylne rejony, podobnie jak wielu zdolnych, młodych, byłych mieszkańców tego miasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?