czwartek, 26 sierpnia 2010

Z miasta depopulacji

Wyjeżdżam z Frankfurtu nad Odrą do Zielonej Góry lekko wstrząśnięty. Frankfurt jako miasto ma się coraz gorzej. Klub w nadodrzańskim spichrzu, jedno z najbardziej klimatycznych miejsc tego miasta, jest dziś zamknięty. Zamknięto położony obok gigantyczny bank, oddział niemieckiego odpowiednika NBP-u. Państwowy uniwersytet przekształca się w fundację.

Miasto się zmienia, ale na moje oko w negatywną stronę. Optymistką jest kobieta która przysiadła się do nas w kawiarni- mówi ona że Conergy otworzyło wielką fabrykę ogniw fotowoltaicznych, a miasto postawiło na technologie związane z produkcją energii z promieni słonecznych. Bezrobocie spadło do poziomu 13 %, choć kiedyś jedna czwarta mieszkańców nie miała pracy. Ale dziś Frankfurt mocno się skurczył, z dawnych 88 tysięcy zostało dziś tylko 61. Aż 1/3 mieszkańców, głównie młodych ludzi, opuściła miasto za pracą. Tutejsze blokowisko Neuberesinchen straciło połowę mieszkańców. Dziś, z braku młodych, rodzi się dużo mniej ludności niż umiera.

Świąteczna wizyta w Zielonej Górze obfitowała w odwiedziny znajomych. Artystka X. wróciła z Wielkiej Brytanii, zarobiła tyle pieniędzy że nie potrzebuje pracować. Ogląda filmy w swoim mieszkaniu i pali marihuanę. Pomieszka trochę i wraca powrotem skąd przyjechała. X. ma ADHD, pamiętam ja gdy skakała na kanapie u kumpla na domówce. L. jest konsultantem systemów informatycznych w Londynie, Z. pracuje w Niemczech w kontrolingu. Oboje zarabiają powyżej 7 tysięcy. Kiedyś, dekadę temu jeździli na stopa do Holandii po zapas marihuany dla całego internatu. Dziś siedzą w barze i stawiają sobie kolejki. W Zielonej Górze są kilka razy do roku. Umawiamy się na wspólny wypad na snowboard.

B. mieszka na miejscu, pracuje w lokalnej firmie budowlanej, zarabia koło 3 tysięcy. Żyjąc tutaj uprawia mountainboarding, kiteboarding- jeździ z latawcem na desce do mountainboardu (rodzaj snowboardu z kółkami do jazdy gdy śniegu nie ma) po lotnisku w Przylepie. Weekendy spędza na stokach w Czechach, jeździ na snowboardzie. Mówi że w Zielonej Górze nie ma już sensu jeździć na rolkach. Ma role do agresywnej jazdy na których jeździ wraz z moim sąsiadem-dredziarzem w krytym skejtparku we Frankfurcie nad Odrą. Ten kryty skejtpark tamtejsi skejci własnoręcznie zbudowali w hali dawnej zajezdni tramwajowej. B. nie jest zbyt towarzyski- widuję go rzadko, gdy pożycza ode mnie kask. Wraz z B. budujemy czasem hopki w lesie, by było gdzie skakać. W tym roku B. pospawał box do trików na snowboardzie. Ustawi go, gdy spadnie śnieg.

S. jest rysownikiem, jako jeden z nielicznych żyje na miejscu w Zielonej Górze. Na temat swoich zarobków mówi niechętnie, jest to powyżej 6-7 tysięcy. Jest pracoholikiem, pracuje całe dnie. Jeżdżę z nim czasem na mountainboardzie na górce w okolicy, ale S. zwykle pracuje do późna i rzadko ma czas. S. jeździ na mountainboard na stoki do Czech czy Zakopanego. Stok narciarski w Zielonej Górze jest rozmyty przez wodę, są tam same wielkie dziury, S. nie może więc z niego korzystać. S. lubi chodzić do „4 Róż” na metalowe imprezy, ostatnio wynajął dom pod miastem. Gdy go opuszcza, nie zamyka drzwi na klucz. „Spokojna wioska” -mówi. Ostatnio ktoś mu nanosił drewna, S. nie wie kto.

V. mieszka na zachodzie Irlandii, zarabia kilka tysięcy, ale też niechętnie mówi, ile. Jest zupełnym milczkiem. To jedna z osób z którą wystarczy poprzebywać, by się dobrze czuła. Jego kumpel K. przeprowadził się ostatnio z Irlandii do Holandii. Obydwoje palili swego czasu ogromne ilości marihuany, dziś chyba nieco im przeszło. Także T. i M. mieszkają dziś w Irlandii. Po powrocie do Zielonej Góry M. mówi ze nawet warzywa są tu droższe niż u niej w Irlandii. Ona zarabia jakieś 4-5 tysięcy, on koło 5-6-ciu. T. jest kierownikiem kuchni w barze szybkiej obsługi. Może wrócą tutaj za kilka lat.

Są jeszcze młodzi rastamani, palacze marihuany których spotkać można w tutejszych klubach. W Zielonej Górze uczą się, studiują. Ku mojemu zdziwieniu C. zdjął ostatnio swoja nieodłączną czapeczkę. Na wspólnych wakacyjnych wojażach nie zdejmował jej nawet na sekundę, pewno i spał w niej. Jest strasznie sympatyczny, zawsze wesoły. W Zielonej Górze studiuje i mieszka. Poza tym chodzi na imprezy i jeździ na festiwale. Inny młody z tego środowiska, U. to nawijacz-amator, do niedawna diler marihuany. U. jest robotnikiem, szkoli się w Zielonej Górze na upatrzoną pracę na wyspach. Będzie zarabiał 16 funtów na godzinę. Mieszka z matką, ostatnio kupił sobie samochód. Z. żyje ze sztuki we Wrocławiu. Maluje i sprzedaje. Z Zielonej Góry wyniósł się ledwie kilka miesięcy temu, dziś mówi że nie wyobraża sobie powrotu.

Siedzimy w Jazgocie, dyskutuję z tutejszymi 30-latkami o naszym mieście. M. organizował ongiś imprezy, ostatnio ściągnął zespół który rok temu musiał grać dwa koncerty pod rząd, by wszyscy chętni mogli je odwiedzić. Lecz tym razem przyszło kilkakrotnie mniej osób, M. na odnotował kilkutysieczną stratę z tego koncertu. Na przedświątecznej imprezie którą M. zorganizował, wg niego 70 % osób to przyjezdni na święta do rodzin. Przez M. przebija strach, że w nowym roku zupełnie rozłoży się z imprezowym biznesem z powodu narastającej emigracji młodych ludzi. Gdy zapytałem jego kumpla K., co sądzi o zmianach w naszym mieście w ostatnich latach, odpowiedział ze najbardziej niepokoi go odpływ ludzi w jego wieku. K. jest z rocznika 1977. Wg jego słów 95 % jego znajomych z tego miasta rozpierzchło się po świecie.

Boję się, że Zielona Góra może kiedyś podzielić los Frankfurtu nad Odrą. Ubytek młodych jest problemem, o którym się nie mówi. A to dlatego w tym mieście zamiera kultura, jest coraz mniej imprez. Ludzie emigrują za pracą, często za bardzo dobrą pracą. I często nie wracają już nawet na święta. Czekają nas czasy w których podobnie jak we Frankfurcie nad Odrą będziemy burzyli opustoszałe bloki, i będzie się rodziło mniej ludzi niż umiera?

2 komentarze:

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?