sobota, 21 sierpnia 2010

Urealnijmy liczby mieszkańców miast i kraju

Wybrałem się dziś na dworzec PKS w Zielonej Górze, dokładnie 45 minut temu, z zamiarem podróży na południe, na czeski festiwal Hip-Hop Kemp. Autobus pospieszny do Kudowy Zdroju. Zapakowałem plecak i pytam się kierowcy, o której będziemy. A on że przed 15-tą? Co? 7,5 godziny? Przecież to 226 kilometrów. A kierowca stwierdził że wg ich obliczeń autobus pokonuje 260 km, zaś inni pasażerowie ostrzegali że autobus zupełnie niepotrzebnie jedzie trasą dłuższą. Cena też była bardzo wygórowana jak na taki dystans (ok. 60 PLN). W krajach Europy Zachodniej tego typu trasa autobusem pospiesznym zajęłaby od 3 do 4 godzin. Wściekły, zrezygnowałem, nie zamierzałem tracić całego dnia. Przed odjazdem czasu przejazdu sprawdzić nie mogłem- informacja na temat oferty przewozowej jest w Polsce nader skąpa.

Kolej pasażerska upadła w całych regionach, zaś autobusowa komunikacja dalekobieżna jest w Polsce monopolem. Nie można sobie tak po prostu świadczyć usług przewozowych z A do B. Dworce autobusowe są w rękach przewoźników kontrolujących lokalne monopole. Na rynku nie pojawiają się lepsi przewoźnicy, bo możliwości rozwoju są bardzo ograniczone. Zezwolenia na obsługę poszczególnych tras rozdaje władza, ona też wyraża, lub nie, zgodę na rozszerzenie oferty. Podczas gdy na rynku wystarczyłyby regulacje na temat godzin odjazdu, by uniknąć wojen podjazdowych między przewoźnikami. Na bocznych trasach zaś, gdzie rynek jest za płytki dla dwóch przewoźników- konkurencja o rynek w formie przetargów na obsługę linii.

Problemy branży komunikacji drogowej nie są jednak wyjątkiem. Za rządów PO-PSL eksplodowały straty upaństwowionych sektorów. Setki milionów strat rocznie przynoszą państwowe linie lotnicze LOT (mające ok. 7-miokrotny przerost zatrudnienia względem najsilniejszej linii na polskim rynku), państwowe koleje towarowe PKP Cargo mają 670 mln straty (blisko trzykrotny wzrost od 2008 roku) i koszmarny przerost zatrudnienia, rządowy ex-monopolista PKP Intercity ma ok. 77 mln strat za 2009 rok i 110 mln PLN straty za połowę tego roku, a plany na ich powstrzymanie pachną strasznym skandalem z udziałem prezesa czołowej firmy konsultingowej poświadczającego nieprawdę celem wprowadzenia regulacji przywracających monopol. Inna spółka, PR, odnotowała stratę blisko 300 mln PLN na rynku na którym konkurencja odnosi zysk.

Wiele tych problemów ma proste rozwiązania. Byle zdolniejszy student branżowych nauk ekonomicznych po dobrej zachodniej uczelni rozwiązałby problemy tego sektora, przecież podręcznikowe. Tymczasem w Polsce nauk ekonomicznych niemal nie ma. Specjalistycznych książek ekonomicznych ze świecą szukać na półkach. Publikacje które są w bibliotece uczelni 60-tysięcznego miasta Europy Zachodniej, i to zaraz za jej granicą, nie występują bodaj w żadnej polskiej bibliotece! A już na pewno nie znajdziemy ich w najlepszych bibliotekach polskich czołowych uczelni. By przeprowadzić sensowną kwerendę literatury, muszę pokonać fizycznie tą magiczną granicę na Odrze- pierwsza rozsądna biblioteka jest od niej odległa o jakieś 400 metrów.

Polska jest krajem nader ubogim w kapitał ludzki. Skali tych różnic od środka można nie dostrzec. Osoba przybyła z zewnątrz natrafia jednak na kraj w całości wypełniony mediami o charakterze tabloidów. Kultura wypowiedzi jest bardzo niska- dla przykładu premier kraju, mówiąc o obciążeniach związanych z podwyżką podatku VAT, mówił: „Skutek podwyżki VAT z punktu widzenia portfela przeciętnej polskiej rodziny to będzie obciążenie nieprzekraczające kilkunastu groszy dziennie” (za forsal.pl). Podstawowa wiedza z matematyki oraz dane o średniej płacy pozwalają stwierdzić iż premier pomylił się, wielkość ta będzie kilkunastokrotnie wyższa. Absolwenci uniwersytetów nie znają absolutnych podstaw matematyki. Po kierunkach technicznych nie są w stanie przeliczyć sumy z jednej waluty na inną, ani sumy podanej w milionach przeliczyć na sumę podaną w tysiącach.

Polityka zaś dostosowała się do poziomu wykształcenia wyborców jak też i struktury mediów, głównie prasy niskiego i średniego rynku czytelniczego, przy niemal całkowitym braku prasy kierowanej do wyższego rynku. Co sprytniejsi politycy korzystają z pomocy specjalistycznych firm zajmujących się tworzeniem wizerunku i przekazu na użytek mediów tabloidowych.

Niestety, nic się nie da zrobić krótkookresowo. Poprawa jakości kapitału ludzkiego (choć coponiektórzy twierdzą iż jest on na wysokim poziomie) jest procesem długiego trwania. I nie pomogą dwie uczelnie wznoszące się wyżej w światowych rankingach, skoro jakość większości jest poniżej poziomu krytyki. W Polsce brak jest specjalistów wąskich dziedzin, a we współczesnych gospodarkach diabeł tkwi w szczegółach. Brak jest nawet specjalistycznych instytucji naukowych. W związku z tym trudno liczyc na poprawę jakości życia.

Sądzę że proces migracji młodych pokoleń z Polski będzie się kontynuował. Piszę te słowa z Zielonej Góry, gdzie doszło dość masowo do tego przykrego procesu. Jeżeli za miernik obecności osób z młodego pokolenia weźmiemy ilość imprez kulturalnych organizowanych dla tej grupy i zbadamy liczbę klubów lub zapowiedzi imprez kulturalnych, to skala masowej emigracji może dotyczyć ok. 60 % młodej populacji uczestniczącej w życiu kulturalnym.

Bliższych badań tego procesu nigdy nie prowadzono, tudzież nie ujawniano jego wyników. Po stronie niemieckiej, mimo ogromnych inwestycji w infrastrukturę nauki czy transportu ubytek ludności w miastach przy polskiej granicy wyniósł ok. 35 % od roku 1990. Z racji niższej podstawy demograficznej będzie się jeszcze pogłębiał. Guben zmniejszył się z 30,7 do 19,2 tys. mieszkańców, Frankfurt nad Odrą z ok. 88 tys. do 60,6 tys., Eisenhuettenstadt z 50,2 do 31,7 tys. Po polskiej za miasta silnie kurczące się uznaje się Wałbrzych, Grudziądz, choć brak jest dostępnych badań, zaś dane demograficzne są niewiarygodne. Mimo moich apeli i obietnic władz, rząd nic nie zrobił z martwym obowiązkiem meldunkowym, podczas gdy wiele krajów operuje jedynie rejestrem wyborców.

Proces kurczenia miast wywołuje rozliczne dalsze problemy. Zmniejszają się korzyści skali i zakresu, wzrastają jednostkowe koszty świadczenia wielu usług, a pozostałą część ludności odczuwa pogorszenie jakości życia. O migracji w Polsce można jedynie wysnuwać spekulacje- nikt bowiem nie odważył się na zerwanie zasłony milczenia i urealnienie liczb mieszkańców i kraju. Jest to tylko mały smaczek "jakości" nauki i jakości kapitału ludzkiego w Polsce. Spisy ludności przeprowadzano bowiem już od 3340 p.n.e., czytamy o nich nawet w Biblii. Historycznie nie miały one charakteru biurokratyczno- urzędniczego zakłamania opartego o nieaktualne meldunki, jakiego od lat dokonuje GUS, instytucja fatalna po prostu, nie podająca np. podstawowych danych ekonomicznych regionów (na szczęście jest Eurostat).


Fot. Spis powszechny w Holandii w 1925 roku, prowadzący cenzus spisuje rodzinę w wozie. cc wikimedia

Sądzę że poznanie prawdy o demografii w Polsce dla wielu miast będzie szokiem, ale koniecznym, by podjąć procesy naprawcze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?