wtorek, 29 lipca 2008

Boczny tor, boczna droga globalizacji


Frankfurt nad Odrą. Przesiadka z pociągu do Berlina. Pociąg do Zielonej Góry, jedyny dziennie, odjedzie za ponad godzinę i rozpędzi się do średniej prędkości 40 km/h. Niemcy zowią takie powolne koleje kolejami łąkowymi, będącymi rozrywką dla grzybiarzy i turystów. Pędzę więc kilka kilometrów przez most graniczny by złapać autobus PKS-u do Zielonej Góry.

Ciekawa to podróż- zwykłą krajówką o niewielkim ruchu. Mijamy lasy, osiedla domków jednorodzinnych na przedmieściach Cybinki czy Krosna, wdrapujemy się na strome zbocza doliny Odry. Wreszcie jestem na miejscu, po 4 godzinach podróży z odległej o 140 kilometrów prawie 5-milionowej metropolii. Koleją, piechotą, autobusem.

Zielona Góra nie ma tego szczęścia by leżeć na ważnych szlakach transportowych. Niektóre, jak kolejowa linia z południa Polski, z Krakowa i Wrocławia do Berlina i północnych Niemiec, zamarła w ciągu ubiegłej dekady. Inne, jak dawna Reichstrasse 5 z Berlina do Wrocławia i Górnego Śląska, zmieniły przebieg omijając Winny Gród jeszcze w latach 30-tych ubiegłego wieku.


Obumarł ruch dalekobieżny na liniach kolejowych. Na od lat nienaprawianej, rabunkowo eksploatowanej magistrali Wrocław- Szczecin przez Zieloną Górę nie ma już podróżnych, pozostał tylko ruch lokalny. Także nikt nie ma ochoty na podróże z prędkością 35 kilometrów na godzinę również w stronę Żar czy Jeleniej Góry. Czasy Zielonej Góry- węzła kolejowego odeszły w zapomnienie, i raczej już nie powrócą. Pozostała droga krajowa nr 3, choć także przecież peryferyjna względem dużych ośrodków Polski czy Europy.

Zielona Góra to nie Koszyce, tak samo niewielkie, ale idealnie nadziane na osi północ- południe między Polską a Węgrami. Zielona Góra jest miastem do którego trzeba zboczyć z głównych szlaków. Więc zbaczam. Pamiętam te krótkie powroty, takie touchdowns- międzylądowania w podróży gdzieśtam. Zdziwienie nowym rondem przed dworcem, tabliczkami ze strzałkami dla turystów na Starówce. I tym razem Zielona Góra ma w sobie coś nowego. Odrestaurowany kompleks Polskiej Wełny, wypełniona już strasząca od mojego dzieciństwa pusta działka przy rynku. Nowy hotel Ruben. Coraz więcej firm na Spalonym Lesie.

Coraz mniej moich znajomych mieszka jeszcze w Zielonej Górze. Wielkie fale emigracji już minęły, przetrzebiły kompletnie środowisko tutejszych młodych światowców. Zostało kilka procent „kosmopolitów”, którzy nie gonili za pieniędzmi, nawet jeśli ledwo wiążą koniec z końcem. S. maluje dziwne obrazy, wszystkie przedstawiają jakieś owado-ludziki. Nigdy nie sprzedał żadnego. Wg mnie są dobre. Biorę jego portfolio, może załatwię mu wystawę w Warszawie. Mieszka tu chyba jeszcze B., fan sportów bardzo ekstremalnych. Na mountainboardzie, rodzaju snowboardu z kółkami do jeżdżenia po zboczach latem, jeszcze zjadę, ale dodanie do tego sportu jeszcze latawca (kite’u) lekko mnie przeraża.

Zielona Góra stała się miastem do którego wracają ci, którym się nie powiodło. M. czy A. oblali pierwszy rok studiów. Wrócili do rodzinnego miasta, za kilka miesięcy spróbują ponownie. Emigranci wracają tu z wysp na krótkie wakacje. „Zielona Góra to już nie to samo miasto z którego wyjeżdżałem”- zwykle mówią przerażeni tym że wyjechali niemal wszyscy młodzi ludzie z ich pokolenia. Mieszkając za granicą żyli z zamiarem powrotu w jakiejś dalekiej przyszłości, dziś nie poznają miasta z którego wyjechali. Opuszczali miasto pełne ciekawych, otwartych na świat młodych ludzi spotykających się wieczorami w centrum miasta, wracają do miasta osób starszych, w którym pozostali ledwie pojedynczy znajomi z ich pokolenia.

Pamiętam moje, może naiwne marzenia o Zielonej Górze jako mieście na równych szansach walczącego o kapitał ludzki i finansowy z Poznaniem, Wrocławiem czy Berlinem. Pamiętam że w czasopismach o graffiti dzieła twórców z Zielonej Góry były tak samo częste jak prace z wielkich europejskich metropolii, zupełnie jak gdyby Zielona Góra ze swoimi bazgrołami na pociągach była jakimś Wrocławiem czy Bratysławą.

Po latach, poznawszy lepiej pozycję naszego miasta, boję się o to że podzieli los sąsiednich miast wschodnioniemieckich, z których ubyła 1/3 mieszkańców i bynajmniej nie przestają się kurczyć. Zielona Góra się co prawda powoli zmienia, ale te jaskółki mogą wcale nie czynić wiosny. Inne miasta zmieniają się w tempie kilkukrotnie większym. Dystans dzielący nasze miasto od innych konkurencyjnych ośrodków w ostatnich dekadach tylko się powiększa.

Na rozwojowej mapie świata Zielona Góra to wciąż boczny tor. Nie chodzi tylko o gospodarkę, ale o kulturę, naukę, turystykę. Wiele tych branż jest tu wciąż w zastoju. Tutejsi decydenci nie chcą zrozumieć że nie ma bezpłatnego lunchu, i że kapitał ludzki i finansowy migruje tam gdzie mu jest lepiej. To, że pani Ania czy Halina za pieniądze podatników popija państwową kawę w państwowym urzędzie zamiast pracować, odpowiednio zostanie wynagrodzone w owym globalnym wyścigu. Wygrają w nim ci, którzy najlepiej będą obracać dostępnymi zasobami. Przegrają ci, którzy są mniej gospodarni i mniej uporczywie walczą o swoje prawa.

wtorek, 8 lipca 2008

Kossé- druga część jego prac





















Kossé i jego dzieła

Kossé- zielonogórski streetartysta i jego sztuka




















poniedziałek, 7 lipca 2008

Stiopa fotografuje ZG


Zone Art w Zielonej Górze












czerwiec 2008, fot. S. Hanckowiak

Fotel filozoficzny


FOTEL FILOZOFICZNY

MAGDALENA KOŚCIAŃSKA, STEFAN HANĆKOWIAK, WOJCIECH BRATUŚ

W piątek, 27 czerwca na deptaku znalazły się trzy tajemnicze postacie pchające stary fotel. Taki sam jaki wielu z nas ma w swoim domu. Przez to, że znalazł na zewnątrz, poza czterema ścianami mieszkania, nabrał innego znaczenia - stał się ulicznym wehikułem. Napędzany przez swoich bajkowych, nieco upiornych właścicieli przez kilka chwil burzył porządek (czyt.: monotonię) miejskiej przestrzeni.

Reakcje napotkanych osób były różne – od pozytywnych, zachęcających po zaczepne i agresywne. Niejedna z nich była próbą wejścia z nami w kontakt. Słyszeliśmy pytania: „Czy to kukła czy człowiek?” „Czy z wami wszystko w porządku?” Co to za przedstawienie?” Jedni brali nas za wariatów, inni widzieli w naszej akcji dobrą zabawę. Na naszym fotelu znalazł się nawet mały pasażer.

Gapie, cyfrówki, zaczepki… nasuwały się wątpliwości: czym się różni artysta od clowna – cyrkowca w oczach przypadkowego odbiorcy?


















Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?