czwartek, 13 marca 2008

Zielona Góra- miasto skazane na kulturalny upadek?

Powrót z zagranicy do Zielonej Góry wciąż jest powrotem do miasta które zaskakuje stagnacją. Zmian na lepsze widać niewiele nawet po roku- ot, tu nowe tablice informacyjne i drogowskazy dla turystów, tam powstaje jakiś nowy budynek. Ktoś przyzwyczajony do eksplozji przedsiębiorczości w miastach zachodniej Europy tutaj trafia w ocean marazmu. Czemu? Wystarczy choćby spojrzeć na strukturę rynku nieruchomości. Ona w Zielonej Górze jest diametralnie inna niż w tych miastach które już wizualnie wydają się tętnić życiem.

Najlepiej usytuowane nieruchomości w mieście są w Zielonej Górze własnością państwową, komunalną, albo należą do wspólnot mieszkaniowych. Nie są prywatne, wobec czego najemcy nie są skłonni inwestować w nie by maksymalnie zwiększyć zyski jakie te nieruchomości przynoszą. Prywatne nieruchomości w centrum miasta możnaby niemal policzyć na palcach. Z tego powodu miasto przymiera- mało jest knajp, barów, pubów, restauracji. Konserwatywni politycy rządzący miastem skazali jego centrum na tzw. social housing- tanie zasoby mieszkaniowe dla mniej zaradnych w rzeczywistości gospodarczej. Oznacza to powolne wymieranie tej części miasta, pozbawionej napływu inwestycji sektora prywatnego, bo nie jest w stanie ich przyciągnąć nieruchomość komunalna.

Już dziś centrum Zielonej Góry oferuje mniej atrakcyjne sklepy niż centra handlowe lub galerie handlowe, i dysproporcje te będą się jeszcze powiększać. Sytuację uratować może jedynie konsekwentna wyprzedaż komunalnych „sreber rodowych”, tych nieruchomości przynoszących miastu stały zysk, ale przecież rabunkowo eksploatowanych. Tyle że na to nigdy nie pójdą konserwatywni politycy, niejako ex definitione obawiający się takich zmian.

Centrum Zielonej Góry skazane jest na rolę nudnego, nieciekawego deptaka z nielicznymi, nieatrakcyjnymi sklepami, deptaka zupełnie niepodobnego do tętniących życiem pasaży handlowych w innych miastach Europy czy Polski. Tamte się rozwinęły dzięki inwestycjom sektora prywatnego, zielonogórski natomiast był w większości własnością komunalną i dziś przedstawia raczej nieatrakcyjny wygląd, goszcząc jakby sklepy z innej epoki. Ów skansen, choć mało wyraźny dla przyzwyczajonych do niego mieszkańców miasta, jest jednak czymś szokującym dla przybyłych z zagranicy. Upadek centrum naszego miasta, dziś już coraz bardziej widoczny, ma wiele przyczyn, lecz jedną z nich jest bez wątpienia struktura własnościowa nieruchomości które go tworzą.

Była co prawda mowa o tym, ze miasto powinno zliberalizować ograniczenia w działalności knajp i barów na starówce. Miasto bowiem nałożyło obostrzenia, tak by zapewnić ciszę nocną w tym rejonie. Moim zdaniem przesadzono, ponieważ starówka zielonogórska w porównaniu z innymi dużymi miastami (np. Rzeszowem) wymarła niemal całkowicie. Dwa puby na rynku, wszystkie głośniejsze kluby (Brooklyn, Kawon) są ulokowane poza centrum miasta. Centrum w Zielonej Górze to wręcz umieralnia w porównaniu z innymi miastami.

Planowano zafundować lokatorom nieżyczącym sobie hałasów w nocy przeprowadzkę do innych osiedli. Wówczas w centrum pozostaliby ci, dla których hałas imprez i nocnego życia nie stanowi problemu. Mieszkaliby tu głównie studenci, artyści, ludzie młodzi, sami tez się bawiący. Podobnie jest w Poznaniu czy we Wrocławiu. Niestety- z planów nic nie wyszło. Dyskutować można do skończenia świata, zabrać się za to nikt nie zabrał, bojąc się negatywnego elektoratu i rozzłoszczonych mieszkańców.

W piątkowy wieczór spacerujemy po centrum Wrocławia, a w następny wieczór- po centrum Zielonej Góry. Co obserwujemy? Na rynku we Wrocławiu jest głośno, gwarnie, tłumy ludzi szwargoczą przy kawiarnianych stolikach do późnej nocy. Wrocław jest 5-krotnie większy od Zielonej Góry, a od lubuskiego Trójmiasta- większy zaledwie 3 razy. Ale żeby w Zielonej Górze działa się chociaż jedna trzecia tego co we Wrocławiu. Ależ gdzie tam. Zielona Góra upadła, i upadła ponieważ jest źle zarządzana.

W ciągu ostatnich kilku lat straciłem wszystkich młodszych wiekiem przyjaciół- co do jednego wynieśli się z tego nie dającego żadnych perspektyw miasta. Ostatni z moich przyjaciół wyjechał kilka tygodni temu. Jeśli spotykam jakieś bardziej rozsądne młode osoby, to z reguły mieszkają już poza Zieloną Górą i zjeżdżają do rodzinnego miasta na święta. To one zaludniają puby i bary w bożonarodzeniowe czy nawet wigilijne wieczory, kiedy to ci emigranci spotykają się ze znajomymi z lat młodości.

Dlaczego w Zielonej Górze nie da się już mieszkać? Dla przykładu sobotni październikowy wieczór: poza czymś nudnym w filharmonii i mającym miejsce w salonie fryzjerskim wernisażem artysty mającego wyuzdane seksualne fantazje, którym daje upust w swojej sztuce, nie dzieje się nic, ani mainstreamowego, ani offowego. Jest to wieczór sobotni, a co dopiero wieczory w tygodniu. Zielona Góra upadła kulturalnie, i jeśli ktoś nie chce być poza współczesną polską kultura i cywilizacją, to to miasto jest mu na rękę. Ale jest ono tragedią dla młodych ludzi. Stąd się ucieka byle szybciej.

Najgorzej jest, że z uwagi na fatalne połączenia transportem zbiorowym do Zielonej Góry nie można wygodnie dojechać i wrócić do innych dużych miast regionu. Kursuje nie tylko niezwykle mało pociągów, ale i ich prędkość, wynosząca 30- 40 km/h na głównych liniach woj. Lubuskiego, jest dwu, trzykrotnie mniejsza niż np. na liniach kolejowych wokół np. Opola czy Tarnowa. Główne linie prowadzące do Zielonej Góry są zdewastowane, od lat nienaprawialne. Z Zielonej Góry jeśli już wyjeżdżać, to najlepiej na stałe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?