niedziela, 23 marca 2008

Spece ze słomą w butach

(2007)

Nasze miasto nie wiedzieć czemu za największe wydarzenie kulturalne obrało sobie lokalną odmianę Dnia Jagody czy też Dni Ogórków. A przecież mógłby już wrócić wielki międzynarodowy festiwal. Tyle wielkich polskich festiwali zrobiło come-back, może pora na Zieloną Górę?

Żyję na co dzień w środowisku tutejszych artystów i młodzieży. I co widzę? Ludzi wyjeżdżających niemal na każdy letni weekend z Zielonej Góry. I inne miasta, które ich przyciągają festiwalami, koncertami. Turystyka kulturalna kwitnie, ale w jedną stronę.

Gdzie te tysiące fanów z całego kraju przyjeżdżających na Winobranie? Ależ to atrakcja tylko na okoliczną skalę, i nie sądzę by to się zmieniło. Myślę że miasto musi postawić na inne konie niż Winobranie by przyciągnąć i zaciekawić dziś ludzi. Tyle miast z sukcesem ożywiło dawne festiwale. Nawet jeśli te są wspomnieniem dawnej sławy, to szybko się odradzają. Wrócił festiwal w Jarocinie, z mocno zmienioną muzyką- dziś postawiono tam na dinozaury polskiego reggae, rock dominuje już tylko pierwszego dnia.

Tutejszy ośrodek kultury nie chciał dać pieniędzy na reaktywację lokalnego festiwalu reggae, choć takie propozycje kilka razy składano- cóż, bywa. Dziś to Gorzów jest stolicą festiwali w tym regionie. „Reggae nad Wartą”, festiwal reggae w Gorzowie, jest dziś największą imprezą kulturalną województwa po „Przystanku Woodstock”. Szkoda, że tak mało tam różnorodnych gatunków muzyki jamajskiej: dziś reggae to raczej muzyka dla starszego pokolenia, młodzi słuchają ragga, densholu, raggajungle. Szkoda też, że Lubuskie nie jest miejscem w którym styka się polski i niemiecki świat kultury- na taką symbiozę kultur powinniśmy w tym regionie postawić, przyciągając też Niemców.

Właśnie wróciłem z Płocka, gdzie wraz z przyjaciółmi wspólnie bawiliśmy się na festiwalu reggae. W ciągu ledwie dwóch lat festiwal w Płocku wyrósł na drugi najważniejszy festiwal reggae w kraju, aż 16 tysięcy fanów mimo kiepskiej pogody. Pole namiotowe wypchane tak że musiano je 4 razy powiększać. Tysiące ludzi całą noc aż do 6 rano tańczących na soundsystemach. Za kilka dni w Płocku odbywa się inny już festiwal, zresztą z ulotki „Festiwalowy Płock” wynika że festiwali latem w Płocku jest zatrzęsienie.

Reklamy płockiego festiwalu reggae były na mnóstwie billboardów, głośno było o tym na forach internetowych w całym kraju. Inny już festiwal muzyki elektronicznej w Płocku „Audioriver” przyciągnął już na pierwszej edycji 20 tysięcy fanów, druga zapowiada się jeszcze lepiej. Ile przyciągnął niedawny festiwal tej muzyki w naszym amfiteatrze? Opowiadano mi że bawiło się tam ledwie 50 osób. Zrobiono go do tego stopnia nieprofesjonalnie, że nawet nie zadbano o jakąkolwiek reklamę, nawet tą amatorską, nic nie kosztującą, umieszczaną przez organizatora na forach internetowych.

Plakaty tutejszych festiwali są koszmarem artystycznym, patrząc na nieudolny projekt i byle-jaki layout widzę całą słomę jaka wychodzi z butów organizatorów. Ci ludzie kompletnie nie potrafią nawet zareklamować imprezy. Skąd wzięto tych speców? Przecież większość z młodych siedzących na ławeczkach przed BWA zorganizowałaby to lepiej.

Nie czarujmy się- z taką kompetencją w kulturze żaden wielki czy średni festiwal tu nie wróci. A przecież i u nas by można- tyle dawnych festiwali reaktywowano ostatnio. Festiwale w Płocku, Jarocinie czy Gorzowie organizuje przecież samorząd- a jednak można. Trzeba tylko zatrudnić kompetentne osoby.

Ze smutkiem stwierdzam że Zieloną Górę dzielą lata świetlne od profesjonalizmu w dziedzinie kultury. W Płocku wraz z przyjaciółmi poszliśmy zwiedzać tamtejsze muzeum. Kilka pięter ciekawej wystawy secesyjnych wnętrz. Niby nic specjalnie starego ani cennego, ale po prostu urzeka wdziękiem. Muzeum nowoczesne, zadbane, dopieszczone, na europejskim poziomie, na parterze nawet stanowisko z Internetem. Natomiast w Zielonej Górze przed galeriami czy muzeami nie ma nawet gablot reklamujących ich wystawy. Tutejsze Muzeum Ziemi Lubuskiej sprawia wrażenie mydła-powidła wywołane sporą liczbą maleńkich kolekcji. Wnętrze jest równie brzydkie jak ów budynek z zewnątrz, estetyka wystaw miejscami wręcz krępuje zwykłą kiczowatością.

W płockiej kawiarni Bliklego, gdzie wpadliśmy na trufle, wziąłem do ręki lokalne pisemko samorządowe. Tamtejszy teatr przebudowuje się z takim rozmachem że występować w nim będzie mógł nawet Teatr Wielki ze swoimi operami. Zmiany i powiew współczesności widać też w średnio udanej przebudowie głównych deptaków miasta na obsadzone nowymi drzewami luksusowe pasaże.

Miasto, senne i położone tak bardzo na uboczu szlaków komunikacyjnych, okazało się dużo bardziej na czasie i ciekawsze niż nasze. Poza kulturą, w Płocku mają ciekawe Zoo, podczas gdy w Zielonej Górze jest tylko niedziałający i brzydki skrawek przedwojennego ogrodu botanicznego oraz Palmiarnia, nawet po powiększeniu maciupcia w porównaniu z resztą kraju.

Rozmawiałem z przebywającym dwa dni w Zielonej Górze włoskim biznesmenem, dla którego tłumaczyłem. Opowiadał mi jak bardzo się zdziwił widząc puste główne ulice naszego miasta o godzinie 9 wieczorem. Był tym tak mocno zaskoczony, że aż owe puste ulice fotografował jak ciekawostkę. „Gdzie są mieszkańcy”- pytał.

Hmm, z tego co widzę po mych znajomych, ci którzy ongiś zapełniali wieczorami te ulice, mieszkają dziś w Glasgow, Limerick, Londynie, Wrocławiu, Berlinie. Zostały jedynie młodsi oraz starsze pokolenia. A w przyszłości będą tylko jeszcze starsze pokolenia i jeszcze mniej młodych. Miasto się skurczy.

Dziwi mnie, że na temat stanu tego miasta głosu nie zabierają ci co mogą- ludzie sztuki, kultury, nauki, znani i sławni wywodzący się z naszego miasta. Być może nie ma nawet przestrzeni publicznej dla takiej debaty. W centrum miasta publicznie spotyka się i dyskutuje jedynie tutejsza młodzież, choćby rastamani i panki. Czasem, późnym wieczorem rozmowa schodzi na temat emigracji z miasta. Padają ironiczne pomysły na hasło promujące miasto („wycisz się w Zielonej Górze”). Wyjechać chce niemal każdy.

W mieście nic większego się nie da zorganizować- chcieliśmy ostatnio zorganizować imprezę z koncertami kilku lokalnych soundsystemów i grup reggae, tymczasem brakuje nawet domu kultury z większą salą. Kiedyś taki był, tylko że pewien polityk, podobno pan Listowski, sprzedał salę Estrady. Kim trzeba być by podjąć taką decyzję i pozbawić miasto możliwości imprez?

Kogo chcą zwieść rządzący tym miastem? Przecież ludzie jeżdżą po świecie, odwiedzają inne kraje i miasta. Widzą jak tam wyglądają ulice, ile imprez jest w mieście, jak bardzo profesjonalnie zarządza się nim. Ludzi można zwodzić tylko trochę, ale w końcu połapią się że coś jest nie tak. I tylko nieliczni będą mieli na tyle sentymentów czy lokalnego patriotyzmu, by się odezwać publicznie. Inni, głównie ci młodzi, wyjeżdżają po angielsku, w milczeniu. Zresztą co tu komentować, wszystko widać jak na dłoni, wystarczy się ruszyć z tego miasta. Rządzący- załadujcie się w pojazdy i jedźcie zobaczyć nieco świata. Błagam was.

1 komentarz:

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?