piątek, 14 marca 2008

Filharmonia dla nuworyszy?

Rozjuszył mnie ostatnio ks. Dr Andrzej Draguła, który robi za hamulcowego wobec różnych idei na temat rozwoju tego miasta. Dla przykładu wspomina, iż Zielona Góra nie ma potencjału by kiedykolwiek w tym mieście zaistniała opera, pochłaniająca wg ks. Draguły „ogromne pieniądze”. Czy ksiądz, hamując rozmaite inicjatywy, ma rację? Mówi jak najzupełniej słusznie o roli miasta jako centrum regionu, ale zdaje się, że nie wie cóż takie regionalne centra oferują.

Weźmy na tapetę Rzeszów, miasto porównywalne z Zielona Góra zarówno pod względem potencjału, jak i liczby ludności (ma jej tyle samo co Zielona Góra wraz z Nową Solą). Ostatnią inwestycją w infrastrukturę kulturalną tego miasta była odważna przebudowa miejscowego teatru im. Wandy Siemaszkowej do roli teatru operowego.

Podczas przebudowy zadbano o całą potrzebą infrastrukturę konieczną do wystawiania oper w tym rzeszowskim teatrze: dodano gigantyczną obrotową scenę, pod nią dodano orkiestron: kanał dla orkiestry konieczny dla wystawiania oper, nad teatrem wzniesiono 16-metrową kopułę z miedzi, która mieści wyciągi i rampy. Foyer zyskało luksusowy wystrój, godny teatru operowego. Tego dokonano w Rzeszowie kosztem 10 mln PLN, z czego 7,5 mln pochodziło od Unii Europejskiej. W nowym teatrze sezon rozpoczęto z rozmachem: operą Gioacchino Rossiniego "Cyrulik sewilski" w wykonaniu Teatru Narodowego z Koszyc (Słowacja).

Rzeszów zyskał więc teatr operowy kosztem dwóch milionów złotych z budżetu samorządu. Podobnie, dzięki wsparciu Unii Europejskiej, o teatr operowy wzbogacił się pobliski Frankfurt nad Odrą, budując Kleist Forum z salą umożliwiającą wystawianie oper przez przyjezdne teatry. W Niemczech na 150 teatrów 95 to tzw. teatry operowe, technicznie dostosowane do grania oper (np. scena taka musi posiadać kanał orkiestrowy, tzw. orkiestron), posiadające często własny chór i orkiestrę, ale równie często nie utrzymujące własnych zespołów bazując na zespołach ściąganych z większych ośrodków co jest przecież normą w mniejszych teatrach operowych.

W przebudowę Filharmonii Zielonogórskiej wpakowano kilkakrotnie więcej środków samorządowych niż w Rzeszowie (całość kosztowała 17- 18 mln), mimo że z takim wkładem w Zielonej Górze stałaby już gigantyczna sala sceniczno-operowa. Nowa sala to zwykła sala, wygląda fatalnie, na jej środku wyrasta jakaś reżyserka chyba jakby w ostatniej chwili dorysowana do projektu. A można było od razu pomyśleć porządnej sali wielofunkcyjnej mogącej służyć różnym celom, także odgrywaniu oper.

Zaprzepaszczono tym samym szansę na powstanie obiektu dostosowanego do odgrywania oper w Zielonej Górze, mimo że gdzie indziej się dwoją i troją by podnieść dobrą ofertą kulturalną prestiż miasta. W Rzeszowie, oprócz tamtejszego teatru operowego, przy modernizowanej właśnie filharmonii planuje się dobudować Teatr Muzyczny. W Białymstoku lokalna filharmonia przemianowała się już teraz na „Operę i Filharmonię Podlaską” ponieważ zamierza dobudować do 2009 roku nową salę operowo-sceniczną. W Zielonej Górze najpierw chyba powinno się przebudować „filharmonię” na filharmonię.

Ten przybytek muz ma dziś standard godny najgorszego zaścianka pseudo-sztuki. Ostatnio słyszałem wiele różnych opinii o zielonogórskiej filharmonii. Wszystkie negatywne. Bliski znajomy mojej przyjaciółki, pewien pianista jazzowy po koncercie w owej instytucji zszokowany był też faktem że na afiszu podano zupełnie inny repertuar niż był uzgodniony w kontrakcie. Przyjaciółka pianisty opowiedziała mi iż Zielona Góra wypadła najgorzej w całym tournée obejmującym kilka miast, a sam pianista był przerażony jej wystrojem i oświetleniem.

W słowach jego przyjaciółki zielonogórska publika składała się z nowobogackich, którzy traktowali wizytę w owej instytucji jako synonim ich awansu społecznego. Nie reagowali nawet w części tak jak żywiołowa publiczność innych miast, która w odpowiednim momencie klaskała gdy pianista zaczynał improwizować. Było nadęcie i sztuczno. Nuworyszowsko.

Czemu Pani B. nie chodzi do filharmonii? "Czuję się tam jak w sali wiejskiego pegeeru" – pada odpowiedź. Sam ostatnio zawitałem w progi filharmonii. Istotnie- wrażenie z wizyty w tym oświetlonym świetlówkami przybytku kultury jest wstrząsające. Jeśli miałbym spisać wrażenia jakie odnosi wiele osób sceptycznie nastawionych co do działalności tej instytucji, to jest to odczucie iż ta instytucja jest po prostu zaściankową instytucją kultury kierowaną przez osoby pozbawione elementarnego smaku.

Dodatkowo owe osoby są przekonane o własnej nieomylności, "misji" niesienia kaganka "kultury wysokiej" do zdziczałego miasta w jakim żyjemy. W rzeczywistości, to co ta instytucja wnosi, to wstyd i zażenowanie jakie wynosimy po bytności w niej. To nie jest kultura wysoka tudzież elitarna (jeśli taki podział w ogóle jeszcze istnieje), to jest po prostu kultura zaściankowa, która w swym nadęciu nie widzi własnych wad.

W Polsce podział na kulturę wysoką i tą masową jest jeszcze utrzymywany przez kręgi konserwatywne, choć gdzie indziej taki podział jest w zaniku- opera miesza się dziś ze sztuką streetartową, alternatywną, czego przykładem jest niedawna „Orientalna Księżniczka” Camille’a Saint-Saënsa wystawiona przez berlińską Neuköllner Oper, przy czym twórcy opery zachęcali widzów do „spalenia” się trawą przed sztuką, by móc zrozumieć treść sztuki traktującą o substancjach odurzających. Dyrektor artystyczny placówki, Bernhard Glocksin, zapewniał co bardziej tchórzliwych widzów, że w paleniu jointów podczas opery nie ma nic złego…

Po niedawnej bytności w "filharmonii" w pamięci została mi ordynarnie wykończona sala rodem z pegeeru (wszak ostatnio ją remontowano, można więc było poprawić jej arcyordynarny wystrój). Nowsza sala MCM ma reżyserkę wmontowaną w najbardziej absurdalnym miejscu, co zniszczyło całą jej estetykę. Nie wiem, kto projektował tą salę, niemniej w mojej opinii spartaczono ją dokumentnie.

Zdegustowanie pogłębione jest wulgarnym oświetleniem- zwykłymi świetlówkami, potęgującymi wrażenie postpegeerowskiej świetlicy. By nie szukać daleko, już po przeciwnej stronie placu jest pub ”Kawon”, w którym podczas ostatniego koncertu Kayah w zwykłym namiocie dostawionym do pubu poprzez profesjonalne oświetlenie stworzono atmosferę typową dla szanujących się przybytków kultury, czego nigdy nie uda się dokonać w obiekcie tak nieudanym jak sala MCM.

Podczas wizyty w tutejszej filharmonii ujrzałem również rzecz która mną wstrząsnęła. Był to plakat informujący o festiwalu smyczkowym lub czymś podobnym, jednak był estetycznie tak absolutnym dnem (stylistycznie pasował do gustów Dzikiego Zachodu), że z całą powagą mogę go zakwalifikować jako najpotworniejszy plakat mojego życia. Dziwne że kultura offowa tego miasta, którą wielu adwersarzy sztucznego podziału na kulturę wysoką i ta masową ma za dno niegodne elit, potrafi reklamować się o niebo bardziej estetycznymi plakatami, czasami wręcz dziełami sztuki minimalistycznej, które nierzadko po cichu zrywałem ze skrzynek energetycznych i wsadzałem do moich małych zbiorów.

Na witrynie naszej filharmonii brakuje również częstych na witrynach informacji o zespołach instrumentalistów danej filharmonii, zupełnie jak gdyby nasi muzycy poza pracą w filharmonii nie grali żadnych innych koncertów w duetach czy triach. Także sama witryna internetowa sugeruje artystyczny upadek: witryna jej poznańskiej rówieśniczki jest dość minimalistyczna, ta nasza jest niestety z innej epoki sztuki. Filharmonia Zielonogórska, która powinna być ze sztuką na bieżąco, okazała się być miejscem gdzie ta sztuka przeraża zacofaniem, zaściankiem, turpizmem.

Jeśli mam podsumować moje przypuszczenia na temat filharmonii, to w mojej opinii jest ona zarządzana przez osoby pozbawione elementarnych zasad estetyki. Nie sądzę, by osoby kompletnie niekompetentne w zakresie estetyki wizualnej i których wytworem jest porażająca ordynarność tego miejsca, były w wystarczającym stopniu kompetentne w świecie muzyki. Podejrzewam, że mogą być to osoby niekompetentne również i w sprawach muzycznych.

Władzom odpowiedzialnym za kulturę regionu bez wahania sugerowałbym traktowanie z wielką rezerwą poziomu artystycznego tej instytucji. Podejrzewam że filharmonią mogą zarządzać osoby o dość niskim poczuciu estetyki również w muzyce, i sugerowałbym powołanie zespołu zewnętrznych ekspertów, kompetentnych audytorów którzy oceniliby jakość oferty kulturalnej tutejszego przybytku muz.

1 komentarz:

  1. Nie mam pojęcia kto pisał o Filharmonii Zielonogórskiej taki komentarz, ale człowiek ten chyba nie ma pojęcia co to jest kultura, co to jest sala popegerowska, co to jest pegeer i co to jest sala MCM Filharmonii Zielonogórskiej. Wydaje mi się, że wszystkie te pojęcia bardzo mu się poplątały. Chodzę do Filharmonii i jakoś nie mam odczuć podobnych do autora poprzedniego listu. On się chyba z choinki urwał. Uważam, że Filharmonia jest pięknym obiektem, z którego większość zielonogórzan jest zadowolona, małego tego wręcz szczyci się nim przed innymi miastami.Nie mam pojęcia skąd te informacje i jakich ten pan ma znajomych, ja nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak negatywnie wypowiadał się o Filharmonii. Przypomne tylko, że to ma być instytucja kultury, a nie pałac, tu ma się słuchać pięknej muzyki, nie oglądać ścian. Chociaż mi wygląd Filharmonii bardzo się podoba i nie wiem kompletnie o co poprzedniemu autorowi chodzi.Jak można Filharmonię porównać do Kawonu, to już wogóle nie wiem. Kawon to resturacja, z wszelkimi tego konsekwencjami i nie chodzi mi o to że Kawon jest zły czy brzydki, tylko Kawon i Filharmonia przepraszam bardzo, ale to nie ma tu nic wspólnego, nawet małej malutkiej mikroskopijnej wspólnej cząstki, nie można porównać. Czepia się pan kosztów budowy Filharmonii, proszę pamiętać, że Filharmonia rozpoczęła budowę w latach kiedy niczego nie było, o każdą cegłę trzeba było walczyć i budowa trwała dość długo, nie rok czy dwa, więc te koszty rozłożyły się w czasie. i jeszcze jedno napewno nie było to osiemnaście milionów. Jeżeli pan coś krytykuje, to proszę najpierw dobrze się zorientować, a potem obrzucać błotem. Dla mnie i moich znajomych Filharmonia Zielonogórska jest perełką naszego województwa, ma swój niepowtarzalny klimat i przyciąga wielu melomanów, wcale nie nowobagackich , skąd te informacje. Faktem jest że na koncert muzyki poważnej do Filharmonii, niezależnie od miasta nie idzie się w podartych dżinsach, ale w odpowiednim stroju, nie świadczy że nie przychodzą na taki koncert zwyczjni ludzie, dla których ważny jest odbiór muzyki , na najwyższym poziomie, a także pełen relaks i wyciszenie. po takim koncercie "skrzydła rosną, a dusza wzlatuje ponad przyziemne sprawy".Dorota

    OdpowiedzUsuń

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?