czwartek, 13 marca 2008

Filharmonia dla nuworyszy










Rozjuszył mnie ostatnio ks. dr Andrzej Draguła, który zaczął robić za hamulcowego wobec różnych idei dotyczących rozwoju naszego miasta [„Po co nam Zielona Góra?” Puls nr: 100/2006]. Draguła m. in. twierdzi, iż Zielona Góra nie ma potencjału by kiedykolwiek mieć stałą scenę operową, ponoć pochłaniającą „ogromne pieniądze” (choć ją przecież miała przed wojną). Czy ks. Draguła, deprecjonując w ten sposób Zieloną Górę, ma rację?

Weźmy na tapetę Rzeszów, miasto porównywalne z Zieloną Góra zarówno pod względem liczby ludności (165 tys., ma jej tyle samo co Zielona Góra wraz z Nową Solą). Ostatnią inwestycją tego miasta była odważna przebudowa miejscowej sceny teatralnej im. Wandy Siemaszkowej, podnosząc ją do rangi teatru operowego. Podczas przebudowy zadbano o całe instrumentarium konieczne do wystawiania oper: zamontowano obrotową scenę, pod nią dodano orkiestron, czyli specjalny kanał dla orkiestry, a nad teatrem wzniesiono 16-metrową kopułę z miedzi, która mieści wyciągi i rampy. Foyer budynku zyskało luksusowy wystrój, godny teatru operowego. Tego wszystkiego dokonano w Rzeszowie kosztem 10 mln zł, z czego 7,5 mln pochodziło z dotacji Unii Europejskiej. W nowym teatrze sezon rozpoczęto z rozmachem: operą Gioacchino Rossiniego „Cyrulik sewilski” w wykonaniu Teatru Narodowego z Koszyc (Słowacja).

Rzeszów zyskał nowoczesny teatr operowy kosztem dwóch mln złotych wydatkowanych z budżetu samorządu. Podobnie, dzięki wsparciu Unii Europejskiej, o teatr operowy wzbogacił się pobliski nam Frankfurt nad Odrą, budując Kleist Forum z salą umożliwiającą wystawianie oper przez przyjezdne teatry. W Niemczech na 150 teatrów aż 95 to tzw. teatry operowe, technicznie dostosowane do grania oper (ze sceną uzupełnioną o orkiestron), posiadające często własny chór i orkiestrę, ale obok nich równie często spotkamy sceny nieutrzymujące własnych zespołów, bazujące na spektaklach ściąganych z większych ośrodków co jest przecież normą w mniejszych teatrach operowych. Tak też działała scena operowa w przedwojennym Grünbergu.

Tymczasem w przebudowę Filharmonii Zielonogórskiej wpakowano kilkakrotnie więcej pieniędzy samorządowych niż w Rzeszowie (całość kosztowała nas ok. 17-18 mln zł). Stosując proporcje rodem z Rzeszowa, powinniśmy mieć dziś, przy tak wielkim wkładzie własnym, gigantyczną salę sceniczno-operową ze wszystkimi szykanami. A co mamy? Niby nową salę koncertową z reżyserką chyba w ostatniej chwili dorysowaną do projektu.

Szkoda, że nikt w Filharmonii Zielonogórskiej nie zadbał, aby nowa sala koncertowa mogła służyć różnym celom dzięki swej z góry zaplanowanej wielofunkcyjności. Tym samym zaprzepaszczono wyjątkową szansę na powstanie obiektu dostosowanego do odgrywania oper w Zielonej Górze, podnosząc w ten sposób prestiż miasta. W Rzeszowie, oprócz teatru operowego, przy modernizowanej właśnie filharmonii planuje się dobudować teatr muzyczny. W Białymstoku lokalna filharmonia przemianowała się już teraz na „Operę i Filharmonię Podlaską” ponieważ zamierza dobudować do 2009 roku nową salę operowo-sceniczną. W Zielonej Górze najpierw chyba powinno się przebudować obecną niby-filharmonię na prawdziwą filharmonię.

Ostatnio słyszałem wiele opinii o Filharmonii Zielonogórskiej, wszystkie negatywne. Mój znajomy pianista jazzowy po koncercie w FZ zszokowany był faktem podania na afiszu zupełnie innego repertuaru niż tego który uzgodniono w kontrakcie. Zielona Góra wypadła najgorzej w całym tournée pianisty, a on sam był przerażony wystrojem i oświetleniem. Jeszcze gorzej w jego ocenie wypadła zielonogórska publika, która zachowywała się tak, jakby wizytę w filharmonii traktowała w kategoriach awansu społecznego. Ludzie siedzieli nadęci, pełni sztuczności i celebracji, nuworyszowsko.

Chcąc empirycznie zweryfikować opinie muzyków, postanowiłem przekroczyć progi naszej filharmonii. Swoje wrażenia lokuję w pobliżu terminu „estetyczny zaścianek” zarówno z powodu wystroju wnętrz jak i jakości koncertu. W Zielonej Górze wciąż obowiązuje podział na kulturę wysoką i tą masową, choć gdzie indziej opera miesza się dziś ze sztuką streetartową, alternatywną, czego przykładem jest „Orientalna Księżniczka” Camille’a Saint-Saënsa niedawno wystawiona przez berlińską Neuköllner Oper. Na marginesie muszę dodać, że twórcy tego ostatniego spektaklu wręcz zachęcali widzów do zapalenia skręta przed sztuką, by lepiej mogli zrozumieć treść sztuki traktującej o substancjach odurzających. Dyrektor artystyczny placówki, Bernhard Glocksin zapewniał przy tym co bardziej sceptycznych widzów, że w paleniu jointów podczas opery nie ma nic złego…

Po bytności w naszej filharmonii w pamięci zostało mi tylko wspomnienie o sali koncertowej o estetyce rodem z pegeeru (ostatnio była remontowana, można więc było poprawić jej arcyświetlicowy wystrój!). Moje zniesmaczenie pogłębiły zwykłe świetlówki na suficie potęgujące wrażenie postpegeerowskiej świetlicy. Że można inaczej pokazał pub „Kawon” po przeciwnej stronie placu Wielkopolskiego, gdzie postawiono namiot, w którym dała koncertu Kayah z profesjonalnym oświetleniem potrafiącym wykreować atmosferę typową dla szanujących się przybytków kultury, czego nigdy nie uda się dokonać w obiekcie tak nieudanym jak sala koncertowa naszej filharmonii.

Podczas wizyty w FZ ujrzałem jeszcze jedną ciekawostkę, którą postrzegam teraz jako symptomatyczną dla całości. Był to plakat informujący o festiwalu smyczkowym lub czymś podobnym, wykonany z tak wielkim beztalenciem plastycznym, że z całą powagą mogę go zakwalifikować jako najpotworniejszy plakat mojego życia. Zielonogórska kultura offowa, którą wielu ma za dno niegodne naszych elit, potrafi reklamować swoje imprezy o niebo bardziej ciekawymi plakatami, czasami wręcz dziełami sztuki minimalistycznej. Tymczasem nasza filharmonia reklamuje się przy pomocy plakatów przypominających poligonową pracownię plastyczną.

Nie lepiej jest na witrynie internetowej FZ. Nie wiedzieć czemu nie uświadczymy na niej informacji o zespołach instrumentalistów, zupełnie jakby nasi muzycy nie grali żadnych koncertów w duetach czy triach. Także sama witryna internetowa sugeruje artystyczny upadek, radzę wejść i sprawdzić www (www.zetozg.pl/filharmonia/ ).

W mojej opinii Filharmonia Zielonogórska jest zarządzana przez osoby pozbawione elementarnych zasad estetyki. Nie sądzę, by osoby niekompetentne w zakresie estetyki wizualnej, były w wystarczającym stopniu kompetentne w świecie muzyki. Także moje wizyty w naszym przybytku muz rozczarowywały- nasza orkiestra nie porywała, tak jak udaje się oczarować słuchaczy innym orkiestrom (nawet tym studenckim, amatorskim) które w życiu słyszałem. Dziś jest i nieco więcej koncertów (choć nasza filharmonia wciąż nie gra 2-3 koncertów tygodniowo, tak jak inne), a i repertuar jest lekko ambitniej dobrany, ale filharmonia wciąż raczej obniża niż podnosi prestiż miasta, odstając poziomem do innych placówek tego typu w kraju. Władzom odpowiedzialnym za kulturę regionu bez wahania radzę powołać zespół niezależnych ekspertów-audytorów, aby oceniliby jakość oferty kulturalnej naszego przybytku muz oraz zaproponowaliby metody wyjścia z artystycznego dołka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?