sobota, 15 marca 2008

Czarne chmury nad miastem

ilustracje z fotoforum Gazety Wyborczej

Wyjeżdżam z Frankfurtu nad Odrą do Zielonej Góry lekko wstrząśnięty. Frankfurt jako miasto ma się coraz gorzej. Klub w nadodrzańskim spichrzu, jedno z najbardziej klimatycznych miejsc tego miasta, jest dziś zamknięty. Zamknięto położony obok gigantyczny bank, oddział niemieckiego odpowiednika NBP-u. Państwowy uniwersytet przekształca się w fundację.

Miasto się zmienia, ale na moje oko w negatywną stronę. Optymistką jest kobieta która przysiadła się do nas w kawiarni- mówi ona że Conergy otworzyło wielką fabrykę ogniw fotowoltaicznych, a miasto postawiło na technologie związane z produkcją energii z promieni słonecznych. Bezrobocie spadło do poziomu 13 %, choć kiedyś jedna czwarta mieszkańców nie miała pracy. Ale dziś Frankfurt mocno się skurczył, z dawnych 88 tysięcy zostało dziś tylko 61. Aż 1/3 mieszkańców, głównie młodych ludzi, opuściła miasto za pracą. Tutejsze blokowisko Neuberesinchen straciło połowę mieszkańców. Dziś, z braku młodych, rodzi się dużo mniej ludności niż umiera.

Świąteczna wizyta w Zielonej Górze obfitowała w odwiedziny znajomych. Artystka I. wróciła z Wielkiej Brytanii, zarobiła tyle pieniędzy że nie potrzebuje pracować. Ogląda filmy w swoim mieszkaniu i pali marihuanę. Pomieszka trochę i wraca powrotem skąd przyjechała. I. ma ADHD, pamiętam ja gdy skakała na kanapie u kumpla na domówce. L. jest konsultantem systemów informatycznych w Londynie, J. pracuje w Niemczech w kontrolingu. Oboje zarabiają powyżej 7 tysięcy. Kiedyś, dekadę temu jeździli na stopa do Holandii po zapas marihuany dla całego internatu. Dziś siedzą w barze i stawiają sobie kolejki. W Zielonej Górze są kilka razy do roku. Umawiamy się na wspólny wypad na snowboard.

B. mieszka na miejscu, pracuje w lokalnej firmie budowlanej, zarabia koło 3 tysięcy. Żyjąc tutaj uprawia mountainboarding, kiteboarding- jeździ z latawcem na desce do mountainboardu (rodzaj snowboardu z kółkami do jazdy gdy śniegu nie ma) po lotnisku w Przylepie. Weekendy spędza na stokach w Czechach, jeździ na snowboardzie. Mówi że w Zielonej Górze nie ma już sensu jeździć na rolkach. Ma role do agresywnej jazdy na których jeździ wraz z moim sąsiadem-dredziarzem w krytym skejtparku we Frankfurcie nad Odrą. Ten skejtpark tamtejsi skejci własnoręcznie zbudowali w hali dawnej zajezdni tramwajowej. B. nie jest zbyt towarzyski- widuję go rzadko, gdy pożycza ode mnie kask. Wraz z B. budujemy czasem hopki w lesie, by było gdzie skakać. W tym roku B. pospawał box do trików na snowboardzie. Ustawi go, gdy spadnie śnieg.

S. jest rysownikiem, jako jeden z nielicznych żyje na miejscu w Zielonej Górze. Na temat swoich zarobków mówi niechętnie, jest to powyżej 6-7 tysięcy. Jest pracoholikiem, pracuje całe dnie. Jeżdżę z nim czasem na mountainboardzie na górce w okolicy, ale S. zwykle pracuje do późna i rzadko ma czas. S. jeździ na mountainboard na stoki do Czech czy Zakopanego. Stok narciarski w Zielonej Górze jest rozmyty przez wodę, są tam same wielkie dziury, S. nie może więc z niego korzystać. S. lubi chodzić do „4 Róż” na metalowe imprezy, ostatnio wynajął dom pod miastem. Gdy go opuszcza, nie zamyka drzwi na klucz. „Spokojna wioska” -mówi. Ostatnio ktoś mu nanosił drewna, S. nie wie kto.

J. mieszka na zachodzie Irlandii, zarabia kilka tysięcy, ale też niechętnie mówi, ile. Jest zupełnym milczkiem. To jedna z osób z którą wystarczy poprzebywać, by się dobrze czuła. Jego kumpel K. przeprowadził się ostatnio z Irlandii do Holandii. Obydwoje palili swego czasu ogromne ilości marihuany, dziś chyba nieco im przeszło. Także T. i M. mieszkają dziś w Irlandii. Po powrocie do Zielonej Góry M. mówi ze nawet warzywa są tu droższe niż u niej w Irlandii. Ona zarabia jakieś 4-5 tysięcy, on koło 5-6-ciu. T. jest kierownikiem kuchni w barze szybkiej obsługi. Może wrócą tutaj za kilka lat.

Są jeszcze młodzi rastamani, palacze marihuany których spotkać można w tutejszych klubach. W Zielonej Górze uczą się, studiują. Ku mojemu zdziwieniu C. zdjął ostatnio swoja nieodłączną czapeczkę. Na wspólnych wakacyjnych wojażach nie zdejmował jej nawet na sekundę, pewno i spał w niej. Jest strasznie sympatyczny, zawsze wesoły. W Zielonej Górze studiuje i mieszka. Poza tym chodzi na imprezy i jeździ na festiwale. Inny młody z tego środowiska, J. to nawijacz-amator, do niedawna diler marihuany. J. jest robotnikiem, szkoli się w Zielonej Górze na upatrzoną pracę na wyspach. Będzie zarabiał 16 funtów na godzinę. Z. żyje ze sztuki we Wrocławiu. Maluje i sprzedaje. Z Zielonej Góry wyniósł się ledwie kilka miesięcy temu, dziś mówi że nie wyobraża sobie powrotu.

Siedzimy w Jazgocie, dyskutuję z tutejszymi 30-latkami o naszym mieście. M. organizuje tu imprezy, ostatnio ściągnął zespół który rok temu musiał grać dwa koncerty pod rząd, by wszyscy chętni mogli je odwiedzić. W tym roku przyszło kilkakrotnie mniej osób, M. na odnotował kilkutysieczną stratę z tego koncertu. Na przedświątecznej imprezie którą M. zorganizował, wg niego 70 % osób to przyjezdni na święta do rodzin. Przez M. przebija strach, że w nowym roku zupełnie rozłoży się z imprezowym biznesem z powodu narastającej emigracji młodych ludzi. Gdy zapytałem jego kumpla K., co sądzi o zmianach w naszym mieście w ostatnich latach, odpowiedział ze najbardziej niepokoi go odpływ ludzi w jego wieku. K. jest z rocznika 1977. Wg jego słów 95 % jego znajomych z tego miasta rozpierzchło się po świecie.

Boję się, że Zielona Góra może kiedyś podzielić los Frankfurtu nad Odrą. Ubytek młodych jest problemem, o którym się nie mówi. A to dlatego w tym mieście zamiera kultura, jest coraz mniej imprez. Ludzie emigrują za pracą, często za bardzo dobrą pracą. I często nie wracają już nawet na święta. Czekają nas czasy w których podobnie jak we Frankfurcie nad Odrą będziemy burzyli opustoszałe bloki, i będzie się rodziło mniej ludzi niż umiera?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?