sobota, 15 marca 2008

Bądźmy miastem spokojnej starości, skoro nie potrafimy inaczej

3 września 2007 roku. Szykuje się kolejny nudny wieczór w Zielonej Górze. Robimy więc to co zwykle. Z przyjaciółmi, z którymi bębniłem wczoraj, i dziś umawiam się na wspólne granie na bębnach na deptaku. Do tego zapraszam przez Internet wszystkich mi znanych tutejszych bębniarzy i rastamanów oraz piszę stosowną informację na lokalnym forum internetowym „Grono” skupiającym wszystkich chyba młodych ludzi w tym mieście.

Zielona Góra. Składające się w większości z blokowisk i zabytkowego historycznego centrum 100-tysięczne miasto na zachodzie Polski. Nieco odcięte od świata, by dotrzeć tutaj wczoraj z lotniska w Berlinie potrzebowałem wraz ze spacerem pomiędzy dworcem we Frankfurcie a przystankiem w Słubicach aż 6 godzin. Miasto niestety sprawia wrażenie mocno wyludnionego. Przyleciawszy prosto z dalekiego 72-tysięcznego Galway nad irlandzkim wybrzeżem Atlantyku, gdzie dosłownie nie mogłem przejść tamtejszym deptakiem skutecznie zatłoczonym przez nie mieszczących się w pubach Irlandczyków bawiących się i rozmawiających z kuflami piwa wprost na ulicy, gdzie dziesiątki klubów z bramkarzami przed drzwiami wchłaniały kolejne rzesze imprezowiczów, trafiłem do miasta pustych ulic. Miasta, którego ulice były tak przeraźliwie puste że ich pustość fotografował jako kuriozum pewien włoski biznesmen którego przyjazd ostatnio obsługiwałem.

Odnoszę wrażenie że w Zielonej Górze żyje się inaczej niż na świecie. Tutaj w weekend pracodawcy nie wychodzą ze swymi pracownikami na obowiązkową wizytę w pubie, tutaj młodzi nie zaludniają w każdy wieczór centrum, zupełnie jakby gdzieś wybyli. Miasto w poniedziałkowy wieczór było puste, a ja się zastanawiałem, ilu mieszkańców jeszcze w nim mieszka. Tych aktywnych zawodowo jest

Mam wrażenie ze to miasto niemal całkowicie zdominowane przez starszych ludzi, którzy są domatorami, wielbią domowe pielesze, telewizor. Ale to nie oni są normalni, normalna jest ta grupa ludzi która chce się bawić, żyć po światowemu. Która po powrocie ze szkoły czy pracy spotyka się z przyjaciółmi, śmieje się, dyskutuje godzinami, słucha wspólnie muzyki, idzie na imprezy, jedzie wspólnie na festiwale. W te wakacje na każdym z tuzina festiwali reggae w tym kraju była spora grupa mieszkańców naszego miasta.

Ale tutaj żyją ludzie którzy chcą żyć normalnie. Bawić się, hedonistycznie chodzić na imprezy klubowe w każdy wieczór, śmiać się i dziwić w teatrze czy operze, podrywać kobiety i tańczyć na całonocnych imprezach. Oni nie włączają telewizora na wieczór, ponieważ mają inne rzeczy do roboty. Mój przyjaciel, bardzo niekontaktowy i milczący na ogół dredziarz, przez ostatni rok na emigracji zmienił sposób życia tak bardzo, że z oglądacza telewizji stał się osobą w domu której telewizora nie da się włączyć ponieważ dawno temu zepsuła się wtyczka i dotychczas nie miał potrzeby jej naprawiać.
U niego w domu gotuje się wspólne obiady dla kilku rodzin polskich emigrantów z tego piętra apartamentowca, kręcą się dzieci sąsiadów, głośno gra się muzykę świata, indyjską banghrę, ragga czy jamajski denshol. Impreza trwa cały dzień, choć gospodarz jest typem milczka, który przed laty opuścił Zieloną Górę tylko z plecakiem, a dziś jest gospodarzem apartamentu w nadmorskim apartamentowcu, będąc tam zwykłym robotnikiem. By tak żyć w Zielonej Górze, musiałby być tutejszą elitą, choć nawet ona nie mieszka w śródmiejskich apartamentowcach.

Na pytanie, czy wróci do Zielonej Góry, odpowiada negatywnie. Po co, skoro z Zielonej Góry wszyscy w jego wieku wyjechali, a nowi ludzie nie przyjeżdżają, nie ma tej rotacji ludzi, której on potrzebuje dla życia? Trafnie to ujął: moi zielonogórscy przyjaciele i znajomi to już nie ci starsi, oni wyjechali, pozostały w większości nastolatki, młode rastamanki (tzw. rastuszki) które na festiwal potrafią zabrać ze sobą 8 różnych rodzajów dopiero co przywiezionej z Amsterdamu gandzi, kinderpanki chodzące z klamerkami w uchu, i nastolatki w rodzaju Mariki która ze mną parodiuje arie operowe. Nawet ona ma dość Zielonej Góry, po powrocie ze Szklarskiej Poręby narzeka że w tym mieście nie ma nawet takich wakacyjnych prowincjonalnych rozrywek w rodzaju karaoke, o soundsystemach nie wspominając. Marika chce się bawić, ale nie przy „kolorowych jarmarkach”.

Moi dzisiejszy rozmówcy na pytanie, jak oceniają to co się w tym mieście dzieje, odpowiedzieli przekleństwami że „ch... się dzieje”, drugi dopowiedział ze trzeba stąd uciekać (co też robi w przyszłym miesiącu), inny stwierdził że w tym mieście wieczorami są tylko fontanny i neonaziści. Potem rozmowa zeszła na temat lokalnych neonazistów, którzy mają swoją kwaterę koło owego kolegi. Kolega ten, wyprowadzając swego pieska, ostatnio niechcący stanął oko w oko z ich tutejszym hersztem, który przerwał prowadzoną rozmowę i w ciszy z wielkim psykiem powoli przy nim otwierał trzymaną w ręku colę.

Po takiej rozmowie udałem się z przyjaciółmi do „4 Róż”, jedynego miejsca gdzie tego dnia się coś działo i ogłoszono jakąś imprezę. Za bardzo jej nie było, ale za to porozmawiałem sobie ciekawie z szefem jednej z młodzieżówek o tym, że inicjatywa budowy basenu w tym mieście podnoszona przez partyjne młodzieżówki jest kroplą w morzu potrzeb, i nie odwróci upadku miasta. W tym mieście na młodych ludzi czeka co najwyżej praca w marketach, na promocjach, na kasie.
Skończyły się przecież czasy braku pracy, dziś ludzie przebierają w ofertach, chcą mieć miejsce pracy zgodne ze swymi aspiracjami. Tutejsze władze chcą dopasować ofertę tutejszego uniwersytetu do oferty tutejszego rynku pracy, co może mieć dość wstrząsające konsekwencje w świecie gdzie ludzie nie studiują już tego co jest, ale robią to co lubią. Będzimy uczyć merchandiserów? Kasjerów?

Młodzi ludzie których znam i z którymi rozmawiam, sam mając blisko 30 lat, słuchają nu-panku, indy-rocka, ragga, densholu, jungle, dubu, house’u, minimalu, dubstepu, soki, emo, reggae, raggajungle’u, dram’n’bejsu i mnóstwa innych gatunków muzyki. Są świetnie osłuchani, mają bardzo wysoka kulturę muzyczną, jeżdżą po festiwalach, od Gorzowa po Płock i Bielawę. W te wakacje mi się chyba nawet nie zaszyło spędzić weekendu w tym mieście, bo to miasto zalicza się do grona tych, które młodym ludziom, takim przed 30-tką, po prostu nic nie oferuje.
Co w tym mieście ma zrobić student, gdzie ma pójść by się pobawić? Można zrobić imprezę, ściągnąć znakomitego didżeja który do nas wpadnie po drodze z Tel Awiwu do Stanów robiąc krótkie międzylądowanie w Berlinie. Mi wraz ze znajomym może się uda zaprosić tutaj na koniec października Aarona Spectre, didżeja robiącego rzeźnię na parkietach całego świata.

Ale co z tego gdy tego rodzaju impreza jest wyjątkiem potwierdzającym smutną regułę- Zielona Góra to zaścianek współczesnej muzyki, w którym młodzi ludzie spotykają się z niezrozumieniem, a władze im wręcz przeszkadzają. Festiwal ragga/reggae upadł po jednej edycji, kolejnych nie udało się zorganizować mimo że wciąż jest tu silne środowisko i uparci promotorzy. Tego typu imprezy przynoszą zyski dopiero po 2-3 edycjach i ktoś, zwykle lokalny samorząd, musi zainwestować w ich zapoczątkowanie by stały się znane w kraju i świecie i stały się samowystarczalne.

Miasto wydało ostatnio dotkliwą walkę muzykom i promotorom samemu rozklejającym plakaty na skrzynkach. Muciek z ONL-u dostał trzycyfrowy mandat za rozklejanie swego własnego plakatu, Klub „4 Róże dla Lucienne” zarobił podobno nawet kilkutysięczny mandat. Jako ze nikogo z lokalnych twórców nie stać by zlecać plakatowanie ZOK-owi pobierającemu kilkusetzłotowe opłaty za przyzwoite rozplakatowanie imprezy, tutejsza kultura upadnie. Nie będzie częstych i mniejszych imprez klubowych ściągających po kilkadziesiąt osób (wszak organizator musiałby kazać im dopłacić po kilkanaście PLN by pokryć same koszty plakatowania), i z czasem nie będzie też tych rzadkich i dużych wydarzeń dla młodych, bo ci się do reszty wyniosą.

I chyba na to pora. Niech zostaną tutaj „kolorowe jarmarki”, ta organizowana za miejskie pieniądze oferta kulturalna dla starszych pokoleń. Jeśli ktoś cierpi na „niedosyt młodej, świeżej sztuki”, tak jak Dorota Żuberek na łamach lokalnego dodatku Gazety Wyborczej, to niech wyjedzie z Zielonej Góry, śladem chyba wszystkich co zdolniejszych z mojego pokolenia. Żuberek pyta, czy w tym mieście jest „embargo na młodych”? Myślę że za rok czy dwa zapyta, gdzie się podziali wszyscy młodzi. Bądźmy miastem spokojnej starości, skoro nie potrafimy inaczej.

7 komentarzy:

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?