środa, 9 stycznia 2008

Małe, a jakże duże.


Metz- miato wielkości Zielonej Góry, w porównaniu do naszego miasta wydaje się rajem dla studenta. Z Zieloną Góra Metz łączy niemal identyczna liczba mieszkańców- ok. 120 tysięcy, i bliskość granicy niemieckiej. I w zasadzie to tyle podobieństw, bo życie w tym francuskim mieście jest zupełnie odmienne.




Po przyjeździe do miasta powitały mnie palmy rozstawione w donicach na reprezentacyjnym placu przed dworcem. Miałem wrażenie że przyjechałem do miasta kilkusettysięcznego- Metz bowiem ze swoją ciasną i intensywną zabudową i tłumami spacerujących na starówce sprawiał bardzo wielkomiejskie wrażenie. O tym, ilu mieszkańców liczy naprawdę, dowiedziałem się dopiero dziś, zbierając dane do artykułu. Nieźle się zaskoczyłem.

Metz to miasto pięknej architektury. Historyczne centrum to dzielnica handlowa, pełna deptaków- ulic handlowych, centrów handlowych. Mieszkając w akademiku na śródrzecznej wyspie po zakupy chodziłem do dużego supermarketu w historycznym centrum miasta, i nie musiałem jeżdzić na obrzeża miasta. Do tego zakupy robiłem na targu, który co tydzień odbywał sie na jednym ze śródmiejskich placów.

Do ścisłego centrum miasta samochody nie wjeżdżały, ale za to na tutejszy rozległy deptak wjeżzały wielkie przegbowe autobusy. Dzwoniąc jaby tramwajowym dzwonkiem przeganiały z wąskich uliczek opieszałych pieszych. Dzięki tym autobusom centrum miasta dalej kwitło gospodarczo mimo wielkich centrów handlowych na obrzeżach. Autobusy miejskie w Metz kursują co 10-15 minut na większości ulic, podczas gdy w Zielonej Górze tak często kursuje jedynie 1 linia. Mimo tego Francuzi po mieście podróżują raczej samochodami osobowymi.

Centrum Metz było bardziej eleganckie niż centrum Zielonej Góry. Zabudowa była nieco bardziej gęsta, mniej było niewykorzystanej przestrzeni, tak częstej w centrum Zielonej Góry. Ale też inne, bardziej eleganckie było oświetlenie miasta, szyldy reklamowe były jakoś bardziej wpasowane w architekturę. Mniej było estetycznych zgrzytów takich jak pstorkacizna odmalowanych z publicznych pieniędzy śródmiejskich kamienic w naszym mieście. Najbardziej wielkomiejska dzielnica rozpościerała się wokół dworca kolejowego.


Najpiękniejszym zakątkiem Metz jest Esplanada. To wielki skwer w samym centrum miasta, na którym rosną piękne kwiaty, jest piękna i wielka fontanna, ustawiono posągi. Nieopodal odtworzono bardzo stary kościółek z epoki początków chrześcijaństwa- zupełnie jakby u nas odbudowano romański kościółek znajdujący się ongiś na pl. Matejki. Z Esplanady roztacza się wspaniały widok na znajdujące się w sercu miasta sztuczne jezioro oraz na otaczające miasto wzgórza. W Zielonej Górze ongiś proponowałem zrobienie takiej esplanady- parku będącego dumą miasta, wokół wieży na Górze Braniborskiej skąd rozpościera się wspaniały widok na miasto i okoliczne wzgórza, ale bez efektu.

Bardzo podobało mi się życie studenkie w Metz. W mieście, oprócz uniwersytetu i niewielkiej politechniki, działa także Akademia Sztuk Pięknych oraz konserwatorium muzyczne, dzięki czemu silne jest tu środowisko młodzieży alternatywnej. To ono tworzy tą kreatywną atmosferę tego miasta, ów duch miejsca- genius loci. Studenckie wystawy i wernisaże w studenckiej galerii sztuki, takiego rodzaju BWA dla studentów, gromadziły całą lokalną bohemę młodych artystów i środowisko co bardziej „imprezowych” studentów.

To w Metz spotkałem ludzi potrafiących wspaniale bawić się każdą chwilą życia. I to w Metz miałem najlepszych przyjaciół w życiu. Tutaj się spotyka codziennie z przyjaciółmi, przegląda z nimi gazety takie jak „Le Monde Diplomatique”, komentuje współczesną rzeczywistość przy dwugodzinnym lunchu w restauracji uniwersyteckiej – tutejszym eufemizmie na zwykłą studencką stołówkę. Lunch jest ważnym wydarzeniem społecznym.Wieczorami ludzie spotykają się w domach, piją wino, palą dzointy, rozmawiają, może wyjdą gdzieś potańczyć. Ot, współczesna Europa.

W centrum miasta było wiele popularnych wśród studentów kawiarń i klubów, w których często miały miejsce różne występy i pokazy np. tańca. Zawsze grupą wybieraliśmy się na fiestę latynoamerykańską oraz na różne imprezy reggae. Często organizowano imprezy w studenckiej galerii sztuki albo w miejskiej sali Trinitaires, dawnej świątyni dziś udostępniającej progi na rozmaite wystawy, przedstawienia i koncerty. W piwnicy Politechniki co tydzień graliśmy na bębnach.

W mieście wieczorami nie brak było osób starszych, podczas gdy w Zielonej Górze nie widać starszych pokoleń nawet w weekendowe wieczory. W Metz był nawet klub gejowski. Z polskimi przyjaciółmi żarotwaliśmy co tam się w środku może odprawiać, aż pewnego razu, wraz z moją nową francuską dziewczyną, Aurorą, oraz jej niewiele mniej urodziwą matką, imprezującą w ten wieczór razem z córką, wybraliśmy się tam. Kobiety przekonywały mnie że to tylko zwykły bar, i nie dzieje się tam nic obscenicznego. Istotnie, bar w środku przypominał pijalnię piwa, pełną rozgadanych facetów. Nie działo się absolutnie nic zdrożnego. Nie było miejsc, długo tam nie przebywaliśmy. W Zielonej Górze też jest klub w którym bywają geje. I nawet od czasu do czasu jest tam jakieś karaoke. Takich tłumów jak w Metz jednak tam nie widać.

Kultura w Metz to np. opera-teatr, otwarta w 1752 roku, oferująca opery, operetki, balety, recitale oraz przedstawienia teatralne, wielka sala koncertowa „Arsenał” dla koncertów muzyki klasycznej, dwa nowe festiwale muzyczne. Jeden z tych festiwali , Metiz’Art, prezentuje i mainstreamowy rock, pop i metal ale tez offowe elektro, poezję śpiewaną, ragga czy ska, a w programie znajdziemy nawet gwiazdy francuskiego rapu. Drugi z nich to festiwal muzyki alternatywnej.

W Zielonej Górze, mimo propozycji stworzenia dość różnorodnego repertuarowo festiwalu sciągającego do miasta fanów muzyki w okresie wakacji, nikt z władz się tą sprawą nie zainteresował. Kuluarowo dowiedziałem się jedynie że ktoś tam nie lubi kultury alternatywnej. W Metz jest też festiwal literacki „Wiosna Książki”. Aż szkoda że nasza biblioteka nie ma takich pomysłów. Mezt uczestniczył wraz z pobliskim Luksemburgiem w programie ”Europejska stolica kultury 2007”.

Mimo że koleje francuskie SNCF to dośc paskudny monopol państwowy, to dzięki szybkim i częstym połączeniom kolejowym z okalającymi krajami Metz było naprawdę europejskim miastem. Mamy do dyspozycji średnio 2 połączenia na godzinę do Luksemburga, w rannym szczycie nawet kilka na godzinę. Jest takze kilkanascie połączeń dziennie do niemieckiego Saarbruecken. W porównaniu do Metz, Zielona Góra jest kolejowo odcięta od Europy.

Metz tworzy wraz z okolicznymi miastami aglomerację, w związku z czym często kursują także pociągi podmiejskie, do niektórych miast 3-4 razy na godzinę., np. do Nancy, miasta wielkości Głogowa, tak samo oddalonego. Ogromne ilości ludności dojeżdżają z Metz do pracy w Luksemburgu, mimo że podróż trwa 40- 50 minut. Może kiedyś my, zielonogórzanie, dojeżdżać będziemy do pracy w Cottbus czy Frankfurcie nad Odrą, albo nawet Berlinie?

W porównaniu z Metz Zielona Góra jest bardzo nieelegancka, mnie razi kiczowata estatyka reklam w centrum miasta. Widać że nikt nie dba o wygląd starówki, która, mimo że niewiele gorsza od historycznego centrum Metz, jest bardziej dzielnica mieszkaniową niż faktycznym centrum gdzie chodzimy do klubów i na zakupy. Estetyka centrum naszego miasta raczej odstrasza, i być może dlatego tak podupadły tutejsze ulice handlowe, jak np. ul. Kupiecka, którą ostatni raz modernizowano kilkanaście lat temu. Być może także omijanie centrum przez komunikację zbiorową miasta spowodowało gospodarczy upadek starówki.

Patrząc na tetniące życiem centrum Metz, jest to smutne. Smuci także to że z Zielonej Góry po studiach wyjezdżają niemal wszyscy absolwenci tutejszych kierunków artystycznych, a życie studenckie jest bardzo niemrawe. Genius loci, ten duch miejsca, z Zielonej Góry zdaje się ulatniać wraz z ludźmi który go tworzą.

1 komentarz:

Ilu mieszkańców mieszka wg ciebie w Zielonej Górze?